Kebab: w Turcji jest świetny, szczególnie w Stambule

Kebap w glinianym dzbanku. Mniam (ta ekipa z tyłu to nie my!!!)

 

Kebap, narodowa turecka potrawa jest czymś innym w Polsce, a czymś innym w Turcji. Turecki kebap może być drobiowy, wołowy(najlepszy), lub cielęcy, nigdy wieprzowy. Polski kebap jest podobny do greckiego gyrosu, ale w Turcji ma inny smak. Podstawowa zasada to jeść tam, gdzie jedzą miejscowi.

Turecki kebap jest najczęściej suchym plackiem zwiniętym w rulon i wypełnionym warzywami, sosem i mięsem wątpliwego pochodzenia. Ale za to jaki pyszny! Obowiązkowym dodatkiem jest napój Ayran, słonawy jogurt z kulturami bakterii. Podobny w smaku do kefiru, jednak zdecydowanie lepszy. Przygotowywany jest w budkach, lub w małych restauracjach, w całości robiony na oczach klientów, zawsze świeży.

Jak się jest tak głodnym jak my, to nawet ceglaste kawałki tego naczynia nie przeszkadzają

Najlepszy kebap, jaki jedliśmy, jedliśmy w Stambule, w małej restauracyjce schowanej w bocznej uliczce. W środku panował przyjemny chłód kontrastujący z panującym na zewnątrz upałem. Jak w większości lokali, drzwi były otwarte na oścież, więc można było podziwiać widok na uliczkę. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, było coś wyglądającego jak mały zlew, lecz wypełnionego pysznym, cudownie orzeźwiającym, spienionym napojem Ayran. Od razu zamówiliśmy kebaby; ja zamówiłem kebap z wołowiny. Była to najlepsza rzecz, jaką jadłem podczas całego wyjazdu; był lekko słony i lekko ostry w smaku, smakował tak, jak powinien smakować kebap. Krótko mówiąc, był doskonały. Zjadłem 2 takie kebaby. Do tego wypiłem 3 szklanki napoju Ayran, który doskonale gasił pragnienie.

Inną rzeczą, którą jedliśmy w Stambule, było coś w rodzaju kanapki; kawałek specjalnej bułki, trochę ościstej ryby i trochę sałaty i pomidora, mocno posolone – ogólnie takie sobie. jedyną rzeczą wartą uwagi było to, że wszystko robiono na łódce przywiązanej do brzegu, ot taka ciekawostka.

W Kapadocji jedliśmy coś, co nazywało się pottered kebap – mięso było podawane (i pieczone) w glinianym, zamkniętym garnuszku, który kelner, podając, rozbijał specjalnym młotkiem. Przepyszny!

Typowym tureckim deserem jest baklava – bardzo słodkie miodowe ciastko. Ogólnie, w Turcji desery są słodkie. Innym przykładem są bloki z agaru (galaretki) z orzechami w środku i posypane z zewnątrz słodkościami.

Ogólnie jedzenie w Turcji było smaczne, niezbyt drogie i łatwo dostępne. Do tego kraju warto by pojechać nawet z  czysto kulinarnych względów.

Reklamy

Paros: piękna i malownicza

Na Paros zawitaliśmy na dwa ostatnie dni naszej wyprawy. Na przystani powitał nas biały wiatrak i jak zawsze czekał na nas niezawodny tłum naganiaczy proponujących noclegi. Z trzech campingów wybraliśmy Krios, bo był z basenem oczywiście. A do tego zlokalizowany nas samym morzem. Na miejscu przeżyliśmy mały wstrząs, gdy po rozbiciu namiotu zobaczyliśmy na drzewach wokół mnóstwo dość ohydnych i pokaźnych  robali. Okazało się jednak, że to tylko pozostałość po ich przepoczwarzeniu się. Zdaje się, że chodziło o cykady.

W „przycampingowej” knajpie  kelnerka  próbowała  nas naciąć starym sposobem, że niby się pomyliła i na zwróconą uwagę bardzo przepraszała. Sęk w tym, że próbowała z nami tak dwa razy, a potem jeszcze widziałem jak na to samo próbowała z innymi  ludźmi. Poza tym camping był dość przyjemny.

Miasteczko Paros to przede wszystkim promenada nad brzegiem, po której spacerują tłumy ludzi. Miasteczko chwali się  wieżą,  która zbudowana jest na fundamentach antycznych. Rzeczywiście, w murze widać jakieś fragmenty połamanych  kolumn i innych tego typu elementów.

Drugiego dnia pojechaliśmy do miasteczka Naoussa. To ono dominuje na pocztówkach, które sprzedają na Paros. Przede wszystkim widnieje na nich coś w rodzaju Wenecji, czyli domy zlokalizowane nad samym morzem. Miejsce okazało się przyjemne, ale z Wenecją niewiele mające wspólnego. Tyle jej było co na tych pocztówkach, kilka domów. I jakoś my nie byliśmy w stanie złapać tak ciekawego kadru. Może stan wody był za niski?

Z Paros popłynęliśmy do Pireusu.

Naxos: największa i najbardziej zielona wyspa Cykladów

Tak już mamy, że podróżując szukamy miejsc mniej uczęszczanych i ogólnie mniejszych. Kwestia odwiedzenia Naxos była więc kolejną, która wzbudziła dyskusję. Po pewnym czasie trzeba jednak przyznać, że jest to jedna z najładniejszych i najbardziej charakterystycznych wysp Cykladów.

Uderza tutaj zieleń. Oczywiście nie taka jak nasza, to jest w końcu Grecja. Ale zielonego jest zdecydowanie więcej niż gdzie indziej. Wyspa jest także największa i to też się czuje. Po prostu jest tu więcej miejscowych, którzy żyją swoim życiem i na turystów nie zwracają specjalnej uwagi.

Naxos ma także słynny zabytek, znajdujący się na wszystkich pocztówkach. To ruiny świątyni Apollina, z których zachował się rodzaj bramy.  Ściślej mówiąc sto, czy stopięćdziesiąt lat temu Grecy podnieśli z ziemi kilka kamieni i postawili je na wzór tamtej „bramy”. Nie ma złudzeń: tu w okolicy nic nie dotrwało do naszych czasów. Jeśli gdzieś jest stoją jakieś ściany albo istnieje jakaś powała, to znaczy że ktoś to odbudował. Czy mniej lub bardziej zręcznie – to raczej temat dla specjalistów. Ludziom generalnie raczej się podoba. Nam na Naxos też się to podobało.

Mimo tych cech, wydało nam się, że na wyspie było raczej niewielu turystów. Na nasz camping dostaliśmy się oczywiście busem, który zabrał nas z przystani promowej. Gorzej było z powrotem, bo znajduje się on od dość daleko od miasteczka. Chodziliśmy piechotą ale było to uciążliwe. Camping jest przeciętnie utrzymany. Ma sporo ocienionych miejsc  i długi, głęboki basen, który trzeba by uznać za niezły gdyby nie to, że miał dno trochę za bardzo porośnięte glonami.

Śliczna na Naxos jest Chora, czyli stara część miasta portowego. Wieczorem w zasadzie zupełnie pusta choć ma mnóstwo do zaoferowania. Jest tam fascynujęcy labirynt uliczek, różnych przejść, bram, bramek… W jednym miejscu trafiliśmy na antykwariat, który pozwolił nam zobaczyć piękne i obszerne wnętrza. Na ogół przecież tutaj domy są niezwykle ciasne.

Warto wybrać się też na wycieczkę do interioru. Tam właśnie jest najwięcej zieleni.

Naxos była naszą przedostatnią wyspą. Przepłynęliśmy z niej na pobliską Paros.

Santorini: piękna i warta zobaczenia

Czy warto się pchać tam, gdzie wszyscy? Nie wiem, ale jeśli chodzi o Santoryn to na pewno tak. Nam się tak spodobało, że zostaliśmy trzy noce.

Santorini, jeśli oglądamy ją na mapie, wygląda jak troszkę koślawy półksiężyc Prom Diagoras  z Ios podrzucił nas do portu o nazwie Ormos Athinos, leżącego w wewnętrznej części tego rogalika. Wyspa robi wielkie wrażenie, bo jest zupełnie inna niż wszystkie. Wpływamy bowiem w samo jej serce, które pod wpływem trzęsienia ziemi tysiące lat temu się zapadło. Strome, niemal pionowe brzegi tej części nie dają o tym zapomnieć.

W porcie czekał na takich jak my busik należącego do jednego z campingów. Wybraliśmy ten zlokalizowany w miasteczku Thira. Miejscowość jest boska. Położona na skraju kaldery jest plątaniną wąskich uliczek. Nocą toczy się tam tłum ludzi, działają liczne restauracje. Eh…

Na północnym cyplu znajduje się inna kultowa miejscowość Oia. To także kilkaset bielonych domów przycupniętych na skraju przepaści. Przed zachodem słońca zjeżdżają tam setki osób i zaczajają się by zobaczyć podobno niepowtarzalny zachód słońca.  Gdy ten spektakl dobiega końca rozlegają się… oklaski. Nam też się podobało.

W południowej części wyspy warto zobaczyć kilka pięknych plaż, z tym że te najlepsze dostępne są tylko z wody. Trzeba udać się na nie łodzią.

Z Santorini popłynęliśmy na Naxos.

Imprezowa i piękna wyspa Ios

W sprawie Ios zdania w naszej ekipie były podzielone. Ponieważ wyspa ma imprezową sławę, część (ale tylko część!) z nas raczej chciała ją ominąć. Okazało się jednak, że z powodu odwołania promu na Santoryn nie mieliśmy wyjścia. Chyba, że pozostalibyśmy jeszcze jeden dzień na Folegandros.

Z portu przejechaliśmy autobusem do miasteczka Myloplatas gdzie znaleźliśmy kemping, których jest tam zresztą kilka. Nasz nazywał się The Purple Pig i okazał się sympatyczny. Basen, tylko tu ze wszystkich miejsc, był dostępny kiedy się tylko chciało. Na Milos naszym wielkim rozczarowaniem było to, że wieczorem i wczesnym rankiem basen był  zamykany. Potem okazało się, że jest tak wszędzie – z wyjątkiem Ios.

Tu mała ale ważna uwaga. Korzystanie z campingów zamiast z małych pensjonatów i kwater, co mogłoby być porównywalne pod względem kosztów, ma tę przewagę, że w Grecji na ogół campingi mają baseny. Zamiast więc tłoczyć się mikroskopijnych pokoikach ma się przestrzeń, przewiew i właśnie basen.

Ios jest dużo bardziej turystyczna i skomercjalizowana niż Folegandros. W Myloplatas i zapewne w innych miejscach do późna rozbrzmiewa muzyka. Gdy rodziny z dziećmi udają się na wieczorne mycie zębów w łazienkach na campingu, tam równocześnie odbywają się ostatnie przygotowania do wyjścia w miasto.

Co zobaczyć na Ios? W Myloplatas jest piękna zatoka z szeroką plażą z prawdziwie złotym piaskiem. Woda jest przejrzysta i jest dość głęboko.

Chcąc z Myloplatas dostać się do portu musimy przejechać przez położone na sporej górze miasteczko Ios. W tej stolicy warto zwiedzić starą część położoną na czubku owej góry i wskrabać się na sam jej koniuszek, gdzie znajduje się mała kapliczka. Widok stamtąd jest obłędny. Na Ios tych kapliczek jest zresztą zatrzęsienie. Podobno 365, ale nie liczyłem

Z Ios do portu można zjechać autobusem albo zejść po schodach. W porcie sporo knajpek. Zjedliśmy tam m.in. ośmiornicę. Na Ios spędziliśmy dwie noce i promem Diagoras ruszyliśmy dalej – na Santorini.

Folegandros: z dala od szlaków

O Folegandros czytaliśmy, że jest jedną z najmniej odwiedzanych wysp w archipelagu Cykladów. Dla nas była to dobra rekomendacja i postanowiliśmy ją zobaczyć.

Okazało się być to prawdą, ale tylko częściowo. Rzeczywiście, walizkowców było tam jak na lekarstwo, ale za to plecakowców multum. Najbardziej zatłoczony camping był właśnie na Folegandros. Żółty, rozpadający się ford transit musiał bodaj cztery razy obracać, żeby nas dowieźć na miejsce. Livadi, bo tak się ten camping nazywa jest miejscem raczej spartańskim ale za to tanim i dość przyjemnym. Załoga się nawet postarała i wywiesiła polską flagę co nas troszkę ujęło mimo, że zrobili to odwrotnie.

Folegandros będziemy wspominać jako niesamowicie wietrzne miejsce. Trzeciego dnia, gdy chcieliśmy ruszyć z niej na Santoryn, okazało się że wiatr uniemożliwia kursowanie mniejszych promów. Musieliśmy do wieczora czekać na inny i oczywiście zmienić plany.

Wyspa jest raczej z tych skalistych i spalonych słońcem. Roślinności jeszcze mniej tam niż na innych. To

sprawia, że jest kłopot ze słodką wodą. Przekonaliśmy się o tym przygotowując sobie kawę w kuchni na campingu  i używając do tego wody z kranu. Ten ohydny słono – gorzki smak mam do dziś w ustach. Z prysznicem też nie było najlepiej.

Sercem wysp jest miejscowość Folegandros położona jakieś dwa kilometry od portu. Miejsce przepiękne, labirynt uliczek, przejść pomiędzy i pod domami. Ocieniony plac przed cerkwią z kilkoma knajpkami.  Zabudowa dochodzi do niesamowitej przepaści, z której rozciąga się szeroki widok na morze. Kiedyś pewnie spoglądano czy nie pojawia się w okolicy piraci.  Teraz, jak w całej pięknej Grecji taka przepaść jest idealnym miejscem by wrzucić w nią starą lodówkę albo wysiedziany tapczan.  Nad miasteczkiem góruje bialuśka cerkiew, położona na stromym wzgórzu. Wdrapaliśmy się schodami prowadzącymi do tego kościółka.

Wracając piechotą do portu (skąd już tylko kilkaset metrów do campingu) dostaliśmy się w niesamowitą dyszę wiatrową. Słowo honoru, że musieliśmy się w pewnym momencie złapać znaku drogowego. Tak wiało!

Z Folegandros, promem Dimitroula popłynęliśmy na Ios.