Pierwszy tekst na stronie

„Sed ut perspiciatis unde omnis iste natus error sit voluptatem accusantium doloremque laudantium, totam rem aperiam, eaque ipsa quae ab illo inventore veritatis et quasi architecto beatae vitae dicta sunt explicabo. Nemo enim ipsam voluptatem quia voluptas sit aspernatur aut odit aut fugit, sed quia consequuntur magni dolores eos qui ratione voluptatem sequi nesciunt. Neque porro quisquam est, qui dolorem ipsum quia dolor sit amet, consectetur, adipisci velit, sed quia non numquam eius modi tempora incidunt ut labore et dolore magnam aliquam quaerat voluptatem. Ut enim ad minima veniam, quis nostrum exercitationem ullam corporis suscipit laboriosam, nisi ut aliquid ex ea commodi consequatur? Quis autem vel eum iure reprehenderit qui in ea voluptate velit esse quam nihil molestiae consequatur, vel illum qui dolorem eum fugiat quo voluptas nulla pariatur?”

 

Reklamy

Jak walczyłem z Żarnowcem

Dziadek Leszek Wam wszystko opowie…

Plakat "Żarnowiec stop" autorstwa Krzysztofa Gotowickiego. Ale to już późniejsze czasy

Kolejna rocznica awarii w Czarnobylu to okazja do przypomnienia pewnej mało znanej inicjatywy związanej z tą awarią. Jest mi ona bliska, bo ją wymyśliłem. To znaczy: wymyśliłem gigantyczny protest i nową gałąź działań dla opozycji (tak to widziałem) a zostały z tego trzy pożółkłe karteczki. No, najczęściej  tak bywa. Ostatnio te karteczki znalazłem po latach.


Otóż kilka dni po katastrofie czarnobylskiej, kiedy przygotowywałem się do matury, łykając porcję płynu Lugola wpadłem na genialny (tak  mi się wydawało) pomysł. Solidarność, tak myślałem, powinna zacząć zbierać podpisy pod apelem do władz o wycofanie się z budowy elektrowni w Żarnowcu. Marzyła mi się olbrzymia akcja, petycje pod kościołami, miliony podpisów, nowa mobilizacja całej opozycji… Oczywiście nie byłem tak naiwny, żeby sądzić że komuniści się przestraszą czy ugną. Nie w tym rzecz. Chodziło przede wszystkim o to, żeby działać na nowym polu. Zmobilizować tych, co od tzw. polityki woleli się trzymać z dala, ale już sprawy zdrowia, bezpieczeństwa traktowali inaczej.

Najpierw podzieliłem się tym pomysłem z Tomkiem Rozwadowskim z mat-fiz (chodziliśmy razem do I LO w Gdańsku – ja do humany). Tomkowi się spodobało, choć może nie aż tak jak mi, bo był bardziej zaangażowany w maturę. Nie za bardzo wiedzieliśmy co dalej, bo nasza organizacja, w której wcześniej się udzielaliśmy, wokół pisma „Jedynka”, już dawno stała się legendą. Od kiedy odeszli ze szkoły Piotr Sernicki i Paweł Adamowicz (starsi o dwa lata) i Sławomir Berbeć (był rok wyżej) nie było już napędu ani też kontaktów, żeby coś zorganizować.

Pierwsza strona listu gdańskich naukowców do Zbigniewa Messnera z pytaniami na temat bezpieczeństwa budowanej EJ Żarnowiec

Druga strona listu gdańskich naukowców do Zbigniewa Messnera z pytaniami na temat bezpieczeństwa budowanej EJ Żarnowiec

Ostatnia strona listu gdańskich naukowców do Zbigniewa Messnera z pytaniami na temat bezpieczeństwa budowanej EJ Żarnowiec

Postanowiliśmy pójść z tym pomysłem do księdza Jankowskiego, z którym mieliśmy wcześniej trochę kontaktów. Ksiądz nas wysłuchał, dyskretnie dłubiąc w zębach (było akurat po obiedzie). I kazał czekać. Nasłuchiwałem Wolnej Europy przez kolejne dni, marnie koncentrując się na nauce, a tu nic. I tak to trwało aż do końca  maja, kiedy z naszego pomysłu na zebranie milionów podpisów został list do ówczesnego premiera Zbigniewa Messnera podpisany przez grono gdańskich naukowców. Grono było bardzo szacowne, kompetentne i zasłużone. Nazwiska bardzo znane, ale  nam chodziło o coś zupełnie innego. Zawód był straszny. Ech, inicjatywa zmarnowana. Musiałem czekać do strajków w 1988 roku, żeby jako tako odbudować wiarę w Jankowera (jak się ks. Jankowskiego czasem nazywało).

Dopiero Ruch Wolność i Pokój wziął się porządnie za Żarnowiec i walcząc przeciwko tej elektrowni solidnie napsuł krwi Jaruzelskiemu. I ja tam też byłem 🙂

Ps.

Ale teraz komuny już nie ma. I jeśli chodzi o budowę elektrowni w Żarnowcu to jestem „za”.

Kebab: w Turcji jest świetny, szczególnie w Stambule

Kebap w glinianym dzbanku. Mniam (ta ekipa z tyłu to nie my!!!)

 

Kebap, narodowa turecka potrawa jest czymś innym w Polsce, a czymś innym w Turcji. Turecki kebap może być drobiowy, wołowy(najlepszy), lub cielęcy, nigdy wieprzowy. Polski kebap jest podobny do greckiego gyrosu, ale w Turcji ma inny smak. Podstawowa zasada to jeść tam, gdzie jedzą miejscowi.

Turecki kebap jest najczęściej suchym plackiem zwiniętym w rulon i wypełnionym warzywami, sosem i mięsem wątpliwego pochodzenia. Ale za to jaki pyszny! Obowiązkowym dodatkiem jest napój Ayran, słonawy jogurt z kulturami bakterii. Podobny w smaku do kefiru, jednak zdecydowanie lepszy. Przygotowywany jest w budkach, lub w małych restauracjach, w całości robiony na oczach klientów, zawsze świeży.

Jak się jest tak głodnym jak my, to nawet ceglaste kawałki tego naczynia nie przeszkadzają

Najlepszy kebap, jaki jedliśmy, jedliśmy w Stambule, w małej restauracyjce schowanej w bocznej uliczce. W środku panował przyjemny chłód kontrastujący z panującym na zewnątrz upałem. Jak w większości lokali, drzwi były otwarte na oścież, więc można było podziwiać widok na uliczkę. Pierwszą rzeczą, która przykuła moją uwagę, było coś wyglądającego jak mały zlew, lecz wypełnionego pysznym, cudownie orzeźwiającym, spienionym napojem Ayran. Od razu zamówiliśmy kebaby; ja zamówiłem kebap z wołowiny. Była to najlepsza rzecz, jaką jadłem podczas całego wyjazdu; był lekko słony i lekko ostry w smaku, smakował tak, jak powinien smakować kebap. Krótko mówiąc, był doskonały. Zjadłem 2 takie kebaby. Do tego wypiłem 3 szklanki napoju Ayran, który doskonale gasił pragnienie.

Inną rzeczą, którą jedliśmy w Stambule, było coś w rodzaju kanapki; kawałek specjalnej bułki, trochę ościstej ryby i trochę sałaty i pomidora, mocno posolone – ogólnie takie sobie. jedyną rzeczą wartą uwagi było to, że wszystko robiono na łódce przywiązanej do brzegu, ot taka ciekawostka.

W Kapadocji jedliśmy coś, co nazywało się pottered kebap – mięso było podawane (i pieczone) w glinianym, zamkniętym garnuszku, który kelner, podając, rozbijał specjalnym młotkiem. Przepyszny!

Typowym tureckim deserem jest baklava – bardzo słodkie miodowe ciastko. Ogólnie, w Turcji desery są słodkie. Innym przykładem są bloki z agaru (galaretki) z orzechami w środku i posypane z zewnątrz słodkościami.

Ogólnie jedzenie w Turcji było smaczne, niezbyt drogie i łatwo dostępne. Do tego kraju warto by pojechać nawet z  czysto kulinarnych względów.

Paros: piękna i malownicza

Na Paros zawitaliśmy na dwa ostatnie dni naszej wyprawy. Na przystani powitał nas biały wiatrak i jak zawsze czekał na nas niezawodny tłum naganiaczy proponujących noclegi. Z trzech campingów wybraliśmy Krios, bo był z basenem oczywiście. A do tego zlokalizowany nas samym morzem. Na miejscu przeżyliśmy mały wstrząs, gdy po rozbiciu namiotu zobaczyliśmy na drzewach wokół mnóstwo dość ohydnych i pokaźnych  robali. Okazało się jednak, że to tylko pozostałość po ich przepoczwarzeniu się. Zdaje się, że chodziło o cykady.

W „przycampingowej” knajpie  kelnerka  próbowała  nas naciąć starym sposobem, że niby się pomyliła i na zwróconą uwagę bardzo przepraszała. Sęk w tym, że próbowała z nami tak dwa razy, a potem jeszcze widziałem jak na to samo próbowała z innymi  ludźmi. Poza tym camping był dość przyjemny.

Miasteczko Paros to przede wszystkim promenada nad brzegiem, po której spacerują tłumy ludzi. Miasteczko chwali się  wieżą,  która zbudowana jest na fundamentach antycznych. Rzeczywiście, w murze widać jakieś fragmenty połamanych  kolumn i innych tego typu elementów.

Drugiego dnia pojechaliśmy do miasteczka Naoussa. To ono dominuje na pocztówkach, które sprzedają na Paros. Przede wszystkim widnieje na nich coś w rodzaju Wenecji, czyli domy zlokalizowane nad samym morzem. Miejsce okazało się przyjemne, ale z Wenecją niewiele mające wspólnego. Tyle jej było co na tych pocztówkach, kilka domów. I jakoś my nie byliśmy w stanie złapać tak ciekawego kadru. Może stan wody był za niski?

Z Paros popłynęliśmy do Pireusu.

Naxos: największa i najbardziej zielona wyspa Cykladów

Tak już mamy, że podróżując szukamy miejsc mniej uczęszczanych i ogólnie mniejszych. Kwestia odwiedzenia Naxos była więc kolejną, która wzbudziła dyskusję. Po pewnym czasie trzeba jednak przyznać, że jest to jedna z najładniejszych i najbardziej charakterystycznych wysp Cykladów.

Uderza tutaj zieleń. Oczywiście nie taka jak nasza, to jest w końcu Grecja. Ale zielonego jest zdecydowanie więcej niż gdzie indziej. Wyspa jest także największa i to też się czuje. Po prostu jest tu więcej miejscowych, którzy żyją swoim życiem i na turystów nie zwracają specjalnej uwagi.

Naxos ma także słynny zabytek, znajdujący się na wszystkich pocztówkach. To ruiny świątyni Apollina, z których zachował się rodzaj bramy.  Ściślej mówiąc sto, czy stopięćdziesiąt lat temu Grecy podnieśli z ziemi kilka kamieni i postawili je na wzór tamtej „bramy”. Nie ma złudzeń: tu w okolicy nic nie dotrwało do naszych czasów. Jeśli gdzieś jest stoją jakieś ściany albo istnieje jakaś powała, to znaczy że ktoś to odbudował. Czy mniej lub bardziej zręcznie – to raczej temat dla specjalistów. Ludziom generalnie raczej się podoba. Nam na Naxos też się to podobało.

Mimo tych cech, wydało nam się, że na wyspie było raczej niewielu turystów. Na nasz camping dostaliśmy się oczywiście busem, który zabrał nas z przystani promowej. Gorzej było z powrotem, bo znajduje się on od dość daleko od miasteczka. Chodziliśmy piechotą ale było to uciążliwe. Camping jest przeciętnie utrzymany. Ma sporo ocienionych miejsc  i długi, głęboki basen, który trzeba by uznać za niezły gdyby nie to, że miał dno trochę za bardzo porośnięte glonami.

Śliczna na Naxos jest Chora, czyli stara część miasta portowego. Wieczorem w zasadzie zupełnie pusta choć ma mnóstwo do zaoferowania. Jest tam fascynujęcy labirynt uliczek, różnych przejść, bram, bramek… W jednym miejscu trafiliśmy na antykwariat, który pozwolił nam zobaczyć piękne i obszerne wnętrza. Na ogół przecież tutaj domy są niezwykle ciasne.

Warto wybrać się też na wycieczkę do interioru. Tam właśnie jest najwięcej zieleni.

Naxos była naszą przedostatnią wyspą. Przepłynęliśmy z niej na pobliską Paros.

Santorini: piękna i warta zobaczenia

Czy warto się pchać tam, gdzie wszyscy? Nie wiem, ale jeśli chodzi o Santoryn to na pewno tak. Nam się tak spodobało, że zostaliśmy trzy noce.

Santorini, jeśli oglądamy ją na mapie, wygląda jak troszkę koślawy półksiężyc Prom Diagoras  z Ios podrzucił nas do portu o nazwie Ormos Athinos, leżącego w wewnętrznej części tego rogalika. Wyspa robi wielkie wrażenie, bo jest zupełnie inna niż wszystkie. Wpływamy bowiem w samo jej serce, które pod wpływem trzęsienia ziemi tysiące lat temu się zapadło. Strome, niemal pionowe brzegi tej części nie dają o tym zapomnieć.

W porcie czekał na takich jak my busik należącego do jednego z campingów. Wybraliśmy ten zlokalizowany w miasteczku Thira. Miejscowość jest boska. Położona na skraju kaldery jest plątaniną wąskich uliczek. Nocą toczy się tam tłum ludzi, działają liczne restauracje. Eh…

Na północnym cyplu znajduje się inna kultowa miejscowość Oia. To także kilkaset bielonych domów przycupniętych na skraju przepaści. Przed zachodem słońca zjeżdżają tam setki osób i zaczajają się by zobaczyć podobno niepowtarzalny zachód słońca.  Gdy ten spektakl dobiega końca rozlegają się… oklaski. Nam też się podobało.

W południowej części wyspy warto zobaczyć kilka pięknych plaż, z tym że te najlepsze dostępne są tylko z wody. Trzeba udać się na nie łodzią.

Z Santorini popłynęliśmy na Naxos.

Imprezowa i piękna wyspa Ios

W sprawie Ios zdania w naszej ekipie były podzielone. Ponieważ wyspa ma imprezową sławę, część (ale tylko część!) z nas raczej chciała ją ominąć. Okazało się jednak, że z powodu odwołania promu na Santoryn nie mieliśmy wyjścia. Chyba, że pozostalibyśmy jeszcze jeden dzień na Folegandros.

Z portu przejechaliśmy autobusem do miasteczka Myloplatas gdzie znaleźliśmy kemping, których jest tam zresztą kilka. Nasz nazywał się The Purple Pig i okazał się sympatyczny. Basen, tylko tu ze wszystkich miejsc, był dostępny kiedy się tylko chciało. Na Milos naszym wielkim rozczarowaniem było to, że wieczorem i wczesnym rankiem basen był  zamykany. Potem okazało się, że jest tak wszędzie – z wyjątkiem Ios.

Tu mała ale ważna uwaga. Korzystanie z campingów zamiast z małych pensjonatów i kwater, co mogłoby być porównywalne pod względem kosztów, ma tę przewagę, że w Grecji na ogół campingi mają baseny. Zamiast więc tłoczyć się mikroskopijnych pokoikach ma się przestrzeń, przewiew i właśnie basen.

Ios jest dużo bardziej turystyczna i skomercjalizowana niż Folegandros. W Myloplatas i zapewne w innych miejscach do późna rozbrzmiewa muzyka. Gdy rodziny z dziećmi udają się na wieczorne mycie zębów w łazienkach na campingu, tam równocześnie odbywają się ostatnie przygotowania do wyjścia w miasto.

Co zobaczyć na Ios? W Myloplatas jest piękna zatoka z szeroką plażą z prawdziwie złotym piaskiem. Woda jest przejrzysta i jest dość głęboko.

Chcąc z Myloplatas dostać się do portu musimy przejechać przez położone na sporej górze miasteczko Ios. W tej stolicy warto zwiedzić starą część położoną na czubku owej góry i wskrabać się na sam jej koniuszek, gdzie znajduje się mała kapliczka. Widok stamtąd jest obłędny. Na Ios tych kapliczek jest zresztą zatrzęsienie. Podobno 365, ale nie liczyłem

Z Ios do portu można zjechać autobusem albo zejść po schodach. W porcie sporo knajpek. Zjedliśmy tam m.in. ośmiornicę. Na Ios spędziliśmy dwie noce i promem Diagoras ruszyliśmy dalej – na Santorini.