Kreta – Balos: piękna plaża z morderczym dojściem

Kiedy w obcym  kraju wypożyczacie samochód w wypożyczalni, warto zapytać obsługę co zwiedzić w okolicy. Wtedy, na ogół dowiecie się też czego nie warto oglądać. W domyśle: gdzie nie warto jechać ich pięknym samochodem, bo może to być niebezpieczne – oczywiście dla niego. Pojechaliśmy w jedno z takich odradzanych miejsc i rzeczywiście było wspaniałe.
Chodzi o plażę, zwaną też może trochę zbyt szumnie „laguną” Balos, na północno wschodnim cypelku Krety. Jeśli stacjonujecie koło Chani, a nawet w okolicach Retymnonu – na prawdę warto się tam wybrać. Jest lepiej, a na pewno ciekawiej i mniej tłoczno, niż na słynnym Elafonisi, chociaż duuużo trudniej się tam dostać. O to przecież jednak chodzi.
Ale od początku. Jeśli jedziecie od strony Chani, to po minięciu Kissamos musicie jechać już bardzo ostrożnie. W pewnym momencie zjeżdżacie z głównej drogi i plątaniną bocznych, ale jeszcze asfaltowych, dróżek kierujecie się na widoczny w oddali górzysty półwysep. Jak wszędzie w Grecji co jakiś czas macie wrażenie, że wjedziecie komuś na podwórko, lub przejedziecie po palcach jakiemuś dziadkowi czy babci, co siedzą na wykoślawionym krześle przed swoim domem. Raczej zresztą dziadkowi, bo ci więcej się nudzą niż babcie. Po 2-3 kilometrach, u nasady półwyspu asfalt się kończy i zaczyna droga szutrowa. Najpierw szeroka, coraz bardziej się zwęża i pnie pod górę. Niekiedy bywa na prawdę stromo i można mieć wrażenie, że koła buksują na kamieniach. Ale może to tylko wrażenie, bo w powrotnej drodze było dużo lepiej. Cały czas po prawej stronie macie urwisko, a pod nim głęboką, granatową wodę zatoki. Samochodów praktycznie nie ma. Nas nikt nie wyprzedził i nikt nie zamajaczył na horyzoncie, choć na miejscu, na niewielkim parkingu zmieściło się w sumie 20 -30 pojazdów.


Gdy już dojedziecie na miejsce, będzie to tak na prawdę dopiero początek. Koniec tej ok. 10 km drogi znajduje się bowiem na przełęczy, z której jeszcze musicie zejść na plażę – ok. 40 minut marszu w dół i ok godzinę gdy już – wykończeni słońcem i kąpielą – będziecie wracać. Scieżka w części prowadzi po ułożonych kamieniach, a na bardziej stromych odcinkach są schody.
Plaża przypomina Elafonisi. Ten sam bajkowy, turkusowy kolor wody. Ten sam lekko różowy piasek. Chociaż wszystko ma niestety swoje wady. Różowy piasek ma lekko bagienną woń – nie wiem skąd się to bierze. Nie jest to zresztą jakiś wielki problem, bo silny wiatr rozwiewa wszystkie zapachy. Druga sprawa – turkus wody – jest stąd, że jest tu bardzo płytko. Dzieci są zachwycone. Ja byłem trochę mniej. Żeby przestać zamiatać rękoma po dnie, trzeba przejść w wodzie do pół uda ze 200 metrów.
Naprzeciw plaży wyrasta wyspa, na którą bez trudu możecie przejść płytkim przesmykiem. Nieco dalej natomiast, inna wyspa – Gramvousa – na którą już dostać się pieszo nie można, a szkoda bo jest ciekawa. Znajdują się na niej ruiny weneckiej twierdzy, która strzegła drogi na Kretę. U brzegów wyspy stoi rudy od rdzy wrak statku. Na Gramvousę można się dostać statkiem z Kissamos, który po postoju przy niej, przepływa na Balos. Wtedy robi się tam nawet dość tłoczno. Jak na warunki całkowitego odludzia.
Na całej plaży bardzo trudno schować się przed wiatrem i słońcem. Warto więc mieć ze sobą parasol – ale musi być z tych nieco droższych. Widziałem tutaj w sklepikach ze 3 gatunki. Najtańszy, zrobiony z cienkich drutów się gnie na wietrze i wywraca. Trzeba też koniecznie mieć coś do picia i jedzenia. Po tym chodzeniu po wodzie człowiek jest wykończony i wtedy okazuje się, że w największym upale trzeba wracać. Byliśmy świadkami jak dwie osoby idące przed nami schodami w górę, w drodze powrotnej, wymiotowały z wysiłku i (chyba) z przegrzania. A upał gdy się wraca jest wręcz niemożebny! Na dole wiatr, że głowę urywa, a na osłoniętych wzgórzami ścieżkach cisza i piekielne słońce. Z drugiej strony: przynajmniej człowiek się dowie co to są ciepłe kraje.
Po powrocie na parking – nagroda. Niewielki oceniony bar z napojami z lodówki, gdzie barman mówi po polsku „cześć” i „dziękuję”.
Wszędzie pełno kóz, które skaczą na wszystko co pochyłe. Np. na maskę samochodu. Albo do środka samochodu typu kabriolet. Współczuję tym, w których wozie się taki rogacz rozgościł.

Reklamy