Spokojna Milos

Na Milos dotarliśmy po ok. 8 godzinach rejsu. I od razu pierwsze miłe zaskoczenie. Martwiliśmy się, bo jedyny camping na wyspie znajduje się kilka kilometrów od portu. Tymczasem pod samym promem czekał na nas bus, który bezpłatnie wiezie nas w tę i z powrotem.

Camping Achivadolimini jest bardzo przyjemnym i czystym mi ejscem. Jego główną wadą jest to, że jest położony na skarpie. Że by dojść do morza (ładna plaża) trzeba wysilić się na spacer ok. 1 km. Inna wada polega na oddaleniu od głównego miasteczka. W tym upale na piechotę raczej byłoby trudno. Bilet autobusowy kosztuje 1.3 euro, niezależnie od tego ile przystanków się jedzie. Cena ta jest zresztą bardzo podobna na wszystkich wyspach, które mieliśmy okazje odwiedzić. Autobus wahadłowy kursuje co jakieś 1.5 – 2 godziny.

Zaletą campingu Achivadolimini jest przyjemny basen i niedroga restauracja. Większość prostych i smacznych dań kosztowała w granicach 5-6 euro. Przy ówczesnym przeliczniku (3 .2 PLN za euro!) czuliśmy się jak paniska.

Spośród tych odwiedzonych przez nas, wyspa Milos należy do najmniej turystycznych. Na Cykladach w ogóle nie ma tego co można spotkać np. w Hiszpanii. Wybetonowane plaże, olbrzymie hotele, totalne tłumy turystów – tego tu nie uświadczysz. Zamiast przemysłu hotelowego jest raczej tylko rzemiosło. Hoteliki i pensjonaty po kilkanaście pokoi. Oczywiście wszystko jest zorientowane na turystę, ale żadnych wielkich kołchozów nie widzieliśmy.

Duża część Milos jest w zasadzie pozbawiona dróg, czy też objęta dro gami szutrowymi, po których nie chodzi autobus. My założyliśmy, że nie wypożyczamy samochodu. Raz – żeby zminimalizować koszty, a dwa – bo uznaliśmy, że nie ma różnicy czy zobaczymy podczas wyprawy 100 miejsc czy 150. Na jedno wychodzi, a podróżując środkami komunikacji publicznej widzi się duuużo więcej.

Stolicą Milos jest Plaka, miasteczko położone na wzgórzu, górującym nad całą wyspą. Plaka jest dosyć ładna, ale nie dorównuje w najmniejszym stopniu temu co później widzieliśmy na innych wyspach. Nad miastem – Kastro, czyli twierdza, a w zasadzie jej ruiny. Jest stamtąd wspaniał y widok na wszystkie strony. Warto się wspiąć wąską ścieżką. W sumie jednak – w Grecji wszędzie są malownicze widoki z góry. W jednej ze spokojnych knajpek zjedliśmy coś miejscowego. Zapewne była wśród zamówionych pozycji sałatka grecka. Dość znacząco różni się od tego co u nas uchodzi za tę potrawę. W oryginale jest to wyszczerbiona micha napełniona pociętymi niedbale ogórkami zielonymi, pomidorami i cebulą. Na to ciepnięty jeden spory kawał fety, czasem wrzucone kilka oliwek i wszystko polane oliwą z dzbana. Do tego pieczywo – biała buła. Smakuje wyśmienicie.

Z pewnością warto też zejść z Plaki nad morze, do osa dy Klima – chociaż my akurat tego nie zrobiliśmy . Nie mogłem do tego przekonać mojego towarzystwa. Klima to kilkadziesiąt domów położonych wprost nad morzem. W taki sposób, że woda niemal wlewa się do ich środka. Każdy dom ma „garaż” na łódkę. Bardzo malownicze. My oglądaliśmy to z morza, odpływając już z wyspy.

Port Milos mieści się w osadzie Adamas. Z ciekawszych obiektów, jest tam malutkie muzeum oraz – przy samym przystanku autobusowym – knajpka z pita-gyros. W Grecji podają go w ten sposób, że kawałki mięsa typu „kebap”- najczęściej są różne rodzaje do wyboru – zawinięte są w coś pomiędzy naleśnikiem a racuchem. Do tego wrzucają kilka frytek, kawałek pomidora i co tam jeszcze im się nawinie. Do tego wielki kleks tzatziki. Ja to kocham.

Wybraliśmy się też na jedną ze słynnych tutejszych p laż – Paleohori. Padło na tę, bo dojeżdżał tam autobus. Chcieliśmy zobaczyć gorące źródła, które tam podobno są. I widzieliśmy jakieś bąbelki z siarkowodorem odrywające się od dna – to chyba było to? Poza tym fajnie – jak to na plaży. Piasek, woda…

Trzeciego dnia wczesnym rankiem ruszyliśmy dal ej, na Folegandros.

Reklamy

Cyklady: promami z wyspy na wyspę

Na przełomie lipca i sierpnia 2008 zorganizowaliśmy sobie wakacje o jakich myśleliśmy już od kilku lat: zwiedzanie Grecji promami, skacząc z wyspy na wyspę. Odkładaliśmy to bo obawialiśmy się na początku, że się  umęczymy. Że, kiedy już dotrzemy na jakąś wyspę, to w upale będziemy musieli kilometrami włóczyć się z ciężkimi plecakami w poszukiwaniu kempingu. A kiedy się okaże, że nam on nie odpowiada, nie będziemy mieli już sił szukać czegoś innego. Okazało się to całkowicie pozbawione podstaw.

Najtańszym sposobem dotarcia do Grecji w lipcu 2008 okazał się rejsowy samolot LOT. 1050 zł w dwie strony, to było sporo taniej niż innymi liniami, łącznie z tanimi. Zastanawiałem się też nad opcją kolejową, przez Budapeszt, Belgrad, Sofię, Saloniki, ale w końcu została ona odrzucona. Żeby taka podróż miała sens powinniśmy jechać w nocy a w dzień zwiedzać. To by oznaczało jakieś 5 dni podróży w jedną stronę. Nie mieliśmy tyle czasu – zostało by nam za mało na Grecję.

Lotnisko w Atenach jest nowoczesne i czyste. Po przylocie dyskretnie się rozejrzeliśmy po nim, już szukając miejsca gdzie moglibyśmy przekimać w drodze powrotnej (wylot mieliśmy mieć ok. 4 rano). Okazało się, że można to zrobić gdziekolwiek. Obsługa bez problemu pozwala spać na podłodze, klimatyzacja aż tak bardzo nie ziębi, komunikaty nie są zbyt głośne. Nie bez powodu ateński port lotniczy jest laureatem nagrody Złotej Poduszki za 2007 rok.

Z lotniska przejechaliśmy do Pireusu. Można to zrobić autobusem lub metrem, które jak to bywa niemal wszędzie, jest droższe na ostatnich 2-3 przystankach przed lotniskiem. My użyliśmy szalonego autobusu bo chcieliśmy zobaczyć miasto nocą. Była to niezapomniana przejażdżka. Rzadko się spotka, żeby zwykły autobus komunikacji miejskiej przekraczał prędkość 100 km/h.

Port zaskoczył nas swoja wielkością i ruchem jaki się tam odbywa. A jest to tyko ruch pasażerski, bowiem towary przeładowywane są w zupełnie innej części. Kupiliśmy bilety w jednym z sennych kantorków, od gościa, który wyglądał jak z filmu z lat 60. I tu małe zaskoczenie. Okazało się że na miejscu ceny są o kilka euro wyższe niż przy zakupie przez internet.

Prom na Milos odchodził o godz. 6.00. Nasze bilety były oczywiście najtańsze (ok. 30 eur), na tzw. deck. Uprawniają one do zajmowania miejsc wszędzie z wyjątkiem miejsc w fotelach lotniczych – które maja osobne, droższe bilety. Można natomiast zajmować miejsca w restauracjach czy barach i większość ludzi tak właśnie robi. Obsługa przegania w umiarkowany sposób. Czasem, jeszcze w trakcie postoju w porcie, stara się wyrzucać ludzi na zewnętrzny pokład, ale kiedy prom ruszy nikt już na nic nie zwraca uwagi.Nie zauważyłem również, by ktoś kiedyś sprawdzał czy siedzący w fotelach mają właściwe bilety.

Muszę jednak powiedzieć, że zajmowanie miejsc na zewnątrz to najgorszy pomysł z możliwych. Tylni pokład na ogół zadaszony jest jak plażowa smażalnia ryb: falistym, półprzezroczystym czymś. Jest tam albo bardzo gorąco, albo – kiedy prom zmienia kurs względem wiatru – wieje tak, że głowę urywa. To samo jest oczywiście na pokładach bocznych.

Tak więc dużo lepiej jest w środku, gdzie działa klimatyzacja i nie ma hałasu od wiatru. A już całkiem najlepiej znaleźć sobie zaciszne miejsce na podłodze i rozłożyć karimatę i śpiwór. Tak właśnie robiliśmy, kiedy się w tym wszystkim zaczęliśmy orientować.

Nasz pierwszy prom nazywał się „Agios Georgios”. To – jak większość tamtejszej floty – raczej wysłużona jednostka. Ale przyzwoita. Zajęliśmy miejsca w restauracji, na burcie, blisko okien. Minusem tej lokalizacji było to, że co jakiś czas podchodził do nas ktoś z obsługi i zabraniał kłaść się na kanapie. Nie przejmowaliśmy się tym zbytnio.